Okolice Lewina Kłodzkiego: Taszów, Jawornica

Ostatnimi czasy z wielkim samozaparciem zgłębialiśmy tajniki Kotliny Kłodzkiej zmierzając na południe w stronę Międzylesia. Rzecz jasna do końca mamy jeszcze daleko, ale dzisiaj, tak dla zmiany klimatu i otoczenia, wyrwiemy się na moment w inny rejon. Uczynimy sobie wycieczkę rozpoznawczą w okolice Lewina Kłodzkiego. Pas rozciągający się na południe od drogi nr 8 swego czasu był nieźle zagospodarowany rolniczo. Sporo górskich dolin, obfitość wody i pastwisk sprzyjały hodowli bydła. Bliskość takich kurortów jak Kudowa Zdrój z jednej i Duszniki Zdrój z drugiej również w jakimś stopniu rzutowała na atrakcyjność tych okolic. A to przecież nie wszystko. W niedalekiej odległości Góry Stołowe, Wambierzyce, miasteczka po czeskiej stronie, to wszystko w XIX wieku, w dobie mody na turystykę zaliczało się zdecydowanie na plus. Byłem bardzo ciekawy, jak to wszystko wygląda dzisiaj, szczególnie w tym pasie nadgranicznym.

Do tej pory odwiedzałem wsie albo całkowicie wymarłe, albo jakoś trzymające się przy życiu, o zabudowie tworzącej pewne skupiska. Tutaj spotykam coś na wzór osad farmerskich, czyli chałupina, wokół rozległe łąki i sąsiad gdzieś daleko za zakrętem. Ma się wrażenie przebywania na całkowitym odludziu. To w sumie nie jest takie złe, oaza ciszy i spokoju, wręcz sielskość w każdym calu. Może ci, co mieszkają tutaj na stałe mają inne zdanie w tej materii, ale takie jest pierwsze skojarzenie. Drugie to coś w rodzaju niepewności, czy to co widzimy przed sobą to jeszcze nasze czy już czeskie. W obecnej chwili, gdy granice istnieją już tylko na papierze, nie ma to żadnego znaczenia, ale mimo wszystko wrażenie takowe towarzyszy na każdym kroku. Kolejnym ewenementem są spotykane niemalże na każdym kroku przeróżnego kształtu tablice o tej samej treści – teren prywatny, wstęp wzbroniony. W jednej z wiosek spotkałem wręcz bilbord informujący, że wszystko co wokół widoczne stanowi własność prywatną, więc wejście tylko za zgodą właściciela lub sąsiada. W jednym z poprzednich odcinków użyłem zwrotu – miejskie buractwo. To co opisuję jest dobitną jego manifestacją. W trakcie tej wycieczki ktoś zaapelował do nas byśmy pisali dużo o tych stronach, by częściej ktoś tutaj przyjeżdżał. W jaki sposób zachęcać gdy wszędzie stoją takie potworki? Osobiście na taki widok odechciewa mi się zwiedzania.

Są rzeczy wspólne dla wszystkich miejscowości, niezależnie od stanu zasobności kasy gminnej. To drogi. Wszędzie dziurawe, wszędzie krzyczące wręcz, że za dawnych czasów, czyli za komuny, wyglądaliśmy świetnie. Dzisiaj widać jak na dłoni, że utrzymanie dróg w godnym stanie jest poza zasięgiem naszych włodarzy. Może przy każdych wyborach, miast tracić ogromne pieniądze na ulotki, plakaty, reklamę i tym podobne bzdury, każdy z kandydatów zafundował by jakiś odcinek drogi z tablicą informującą komu to zawdzięczamy. Okolica by na tym zyskała, a i sukces wyborczy gwarantowany. Pomyślcie Panowie i Panie!

Ponieważ jest to rekonesans, więc zaglądam jedynie tu i ówdzie. Na chwil parę zaglądam do Jawornicy. Wąska dolina, raczej wyludniona, gdzieniegdzie chałupina w otoczeniu zieleni. Umówmy się, że w centrum wsi stoi okazała kaplica w stanie mocno już nadwyrężonym. W środku drewniany ołtarz, rząd ławek. Nad ołtarzem figura NMP. Na ścianie nad wejściem w niezłym stanie zachowane malowidło naścienne przedstawiające ostatnią wieczerzę. Widać, że w dobie świetności w kaplicy było oświetlenie elektryczne, być może odprawiano regularnie msze.

Zastanawiamy się co dalej. Kusi widoczna powyżej kaplicy nitka nowiutkiego asfaltu, odbijająca ostro pod górę. Ni z gruszki ni z pietruszki. Dojazd do tego miejsca mocno dziurawą drogą i nagle taki rodzynek. Droga prywatna? Ruszamy, okazuje się, że nie, jakaś dziwna inwestycja ale droga jest super. Jedziemy ok. dwóch kilometrów, droga kończy się w lesie, przy kolejnej kaplicy. Widać, że przechodziła ostatnio kapitalny remont. Wracamy na rogatki Lewina i ruszamy do Taszowa. Długa droga ciągnąca się na kompletnym odludziu, wątpliwości czy coś zobaczymy wreszcie przed nami po prawej stronie kamienny krzyż w otoczeniu starych lip, ufundowany w 1876 roku przez Josefa Kastnera. Zachowane kamienne słupki ogrodzenia, między nimi ciężki żelazny łańcuch. Aż się nie chce wierzyć, że go jeszcze złomiarze nie zwinęli. Od krzyża odchodzi polna droga, nie wiem dokąd prowadzi, ale kilkaset metrów dalej kolejny kamienny krzyż z 1897 roku, ufundowany przez Romana Welzela. Na jednym z boków wyryta wizytówka kamieniarza, E. Bartsch, Lewin. Figury Chrystusa na krzyżu nie ma, widocznie ktoś takowe kolekcjonuje. Jeszcze spory odcinek drogi przed nami i wjeżdżamy do Taszowa. Tutaj zabudowań nawet sporo, nauczeni już doświadczeniem, zaciągamy języka. I od razu ogromny plus. Dokładana informacja gdzie co się znajduje oraz otrzymujemy klucz do ręki od kaplicy! My, zupełnie nikomu nieznani, a jednak dostajemy klucz. Kaplica pochodzi z roku 1890, jest okazała i całkowicie odremontowana wysiłkiem mieszkańców. Wewnątrz istne cudo, drewniane stare organy, raczej organiki. Nie wiem czy sprawne, nie dotykamy. Okazały ołtarz, rząd drewnianych ławek. Gdy oddajemy klucz, pytamy czy odprawiana jest tutaj msza. Kiedyś tak było, teraz tylko na życzenie.

Zostawiamy samochód przy kaplicy i dalej ruszamy pieszo. Kilka metrów dalej budynek po dawnej strażnicy WOP, wszędzie wygląda tak samo! Nieco dalej widzimy potworka architektonicznego. Całkowity brak gustu, każdy element zupełnie nie pasujący do otoczenia. Na końcu wsi, a o tym że to koniec oznajmia nam koniec drogi, kamienny krzyż z 1932 roku, również bez figury Chrystusa. Plaga jakaś czy co? Koniec to koniec, dalej prawdopodobnie już Czechy. Wracamy. W pobliżu dawnej strażnicy WOP odbijamy w lewo i polną drożyną docieramy do wiekowych kasztanów, pomników przyrody. Między nimi kolejny kamienny krzyż ufundowany przez Josefa i Angelę Kastner w 1873 roku. Jest również wizytówka kamieniarza – Johan Hartmann, Giesshübel. To ciekawe, wszelkie inskrypcje wyryte w kamieniu są już najczęściej nieczytelne, wizytówki kamieniarzy wręcz przeciwnie. Zadbali o swój interes! Wracamy do kaplicy. Kilkaset metrów poniżej stoi jeszcze kamienna kapliczka słupkowa z figurką NMP w niszy. Niestety, wszędzie pełno tablic z zakazem wstępu więc do niej nie podchodzimy, robimy zdjęcie z drogi.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się przed Zieleńcem, na dawnym przejściu granicznym w Granicznej. Fajnie brzmi. W lesie, na pasie granicznym stoi krzyż pokutny. Idąc do niego przychodzi mi do głowy nowy pomysł. Osobiście klnę w żywy kamień tych, co szlaki turystyczne wytyczają drogami asfaltowymi. Kompletny brak wyobraźni i męka dla nóg. Tymczasem można to zrobić zupełnie inaczej. Prawdziwy szlak turystyczny to wydeptana ścieżka wijąca się przez łąki i lasy, z dala od samochodów. Te mamy na co dzień. I są takie możliwości, nazywam to roboczo – „patrolówki”. Są to trasy dawnych pograniczników na odcinkach, gdzie nie dało się czterech liter wozić w samochodzie. Myślałem, że te trasy są już kompletnie zarośnięte i zaskoczenie. Wcale nie, ktoś po nich chodzi a raczej częściej jeździ na dwuśladach. Więc niebawem wytyczam pierwszą „patrolówkę”, a rzut oka na mapę pokazuje, że będzie tego sporo.

Leszek Kocoń

 

 

 

 
Free Joomla Templates by JoomlaShine.com